wielki marsz książka
Proza, W bibliotece

Surowe mięso i długa droga – „Wielki Marsz” Stephena Kinga

Znacie to piękne uczucie, kiedy w trakcie długiej górskiej wędrówki robicie sobie przerwę na posiłek? Jak niesamowicie smakuje wtedy słynna bułka z kotletem czy inne wysokoenergetyczne przekąski. Usiąść, zdjąć buty i położyć stopy na chłodnej trawie w cieniu – cudownie.

Niestety, ale taki relaks pozostawał jedynie w zasięgu marzeń bohaterów książki „Wielki Marsz” autorstwa Richarda Bachmana, czyli piszącego pod pseudonimem Stephena Kinga. Zadaniem uczestników tego wydarzenia była… wędrówka. Ciągły marsz, nieschodzący poniżej sześciu kilometrów na godzinę. Bez przerw, bez chwili wytchnienia dla stóp. Tak długo, aż pozostałych 99 zawodników nie odpadnie  – czyli zatrzyma się, a następnie zostanie zastrzelonych. Zwycięzcą zostaje tylko jeden z nich – jedyny, który przeżyje pozostałych.

Niezbyt to przyjemny konkurs, a jednak chętnych do udziału było mnóstwo. Zachęcająca mogła być perspektywa nagrody, lecz żaden z uczestników, mimo znajomości reguł gry, z jakiegoś powodu nie do końca był świadomy konsekwencji. 

Niektórzy starali się odpowiednio przygotować do tego wyczerpującego fizycznie zadania, choćby przez zaopatrzenie się w prowiant na drogę. Jeden z nich, Peter McVries, zabrał ze sobą… surowe kotlety.

książka wielki marsz

Surowy kotlet siekany to zapas dobrej, szybko przyswajalnej energii – mówił. Niezależnie od słuszności tego stwierdzenia, pomysł ten większości współtowarzyszy niedoli niezbyt przypadł do gustu. No bo jak to, tak po prostu zjeść surowe mięso?

W oryginalnej wersji językowej ten posiłek określony został po prostu jako „raw hamburgers”. Świeże mięso w takiej formie można spokojnie spożywać, ale tylko te dobrej jakości. Ale cóż, nie z tym kojarzą nam się typowe amerykańskie burgery. O wiele lepiej postrzegany będzie tatar, lecz on również musi spełniać pewne wymogi, by mógł być bezpiecznie zjedzony. A trzeba podkreślić, że są to wymagania trudne do spełnienia podczas długiego marszu w upalny dzień.

Mimo okoliczności Ray Garraty – główny bohater powieści – na takiego kotleta miał sporą ochotę: Nie znał się na szybko przyswajalnej energii, ale miał smak na surowy kotlet. Baton czekoladowy i koncentraty się do tego nie umywały. Bo uczestnicy marszu mieli zapewniony prowiant. Był to nieograniczony dostęp do wody oraz wyliczona ilość jedzenia w tubkach. Jeśli zjadłeś wszystko na raz – cóż, twój problem. Większość uczestników miała jednak co nieco pochowane po plecakach, trochę domowych smakołyków. Faktycznie bardziej na pocieszenie, niż na konkretny posiłek. Na początku piechurzy mają jeszcze apetyt – jednak im dalej, tym przełknięcie choćby kęsa staje się katorgą dla wyczerpanego organizmu. Chcieliby się rozsiąść na trawie, rozprostować nogi, wgryźć kanapkę i popić ją słodkim napojem. Niestety, w trakcie Wielkiego Marszu nie ma na to miejsca.

Zapewnione koncentraty to rozdrobnione jedzenie w tubkach. Wygodne do spożycia w marszu, ale raczej niezbyt smakowite. A już na pewno nie mogły one konkurować z domowym jedzeniem. Nasuwa się tutaj skojarzenie ze „sztuczną żywnością”, tak przetworzoną, że aż nieprawdziwą. Konserwy w tubkach, pasztety i inne przemielone produkty pozwalają na upchnięcie w nich wszystkiego, poza głównym składnikiem. I tak też te książkowe się kojarzą. Tanie, niezbyt smaczne jedzenie. Zapychacze. W opozycji do nich surowe kotlety McVriesa jawią się więc jako to „prawdziwe jedzenie”. Nieopakowane w plastik, przygotowane bez żadnych sztuczek. To domowe nieprzetworzone danie, ze stuprocentowego mięsa. 

Podobne w charakterze są ciastka przygotowane przez matkę Garraty’ego, które także na tle tubek stają się tym autentycznym posiłkiem, a nie jak jakieś sklepowe batony, nie wiadomo z czego zrobione. Jednocześnie pojawiają się skojarzenia z błogością i poczuciem opieki zapewnionej przez rodzica. To jedzenie dające w trakcie marszu namiastkę rodzinnego domu, przypominające jego smak. Myśli Garraty’ego zaczynają więc krążyć wokół matczynego śniadania: Nagle zapragnął zimnego naleśnika z marmoladą jabłkową. Matka zawsze robiła im to na drugie śniadanie, kiedy w grudniu szli z ojcem polować. W czasie tej trudnej wędrówki bohater będzie się niejednokrotnie zastanawiać, dlaczego wyrzekł się tego dobra. Dlaczego w ogóle wpakował się w takie gówno? Czego mu brakowało w życiu? 

wielki marsz stephen king

Jest jeszcze jeden aspekt związany z surowymi kotletami McVriesa. Posiłek ten jest jednocześnie smakowity i ohydny, nie tylko ze względu na brak obróbki termicznej mięsa. Wraz z odpadaniem kolejnych zawodników do pozostałych dociera fakt ich własnej śmiertelności. Ich cielesności. Zrozumienia, że sami są niczym kawałek mięsa… Dosłownie, co dopada ich tak dosadnie przy zetknięciu z widokiem postrzelonych ciał i krwi. Jak w takiej sytuacji mógł myśleć o zjedzeniu surowego kotleta? 

Uczestnicy są też niczym kawałek mięsa dla publiczności – na przebiegu trasy przy szosie ustawiają się tłumy kibicujących, traktujących zmagania i cierpienia maszerujących jak wyjątkową rozrywkę. Niektórzy robią sobie nawet piknik, a obserwując ich trudy przegryzają jednocześnie kanapkę z jajkiem. Im dalej, tym tłum staje się większy, bardziej drapieżny, bardziej głodny wrażeń. Z niecierpliwością i zachwytem przemieszanym z fascynacją wyczekuje na potknięcie, zakończone salwą karabinów. Ten tłum dla maszerujących staje się wielką, pulsującą masą czerwonego mięsa, która chce ich wciągnąć… i już nigdy nie puścić. 


Richard Bachman (Stephen King), Wielki Marsz (The Long Walk), tłum. Paweł Korombel, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011. Wydanie oryginalne: 1979.

1 komentarz do “Surowe mięso i długa droga – „Wielki Marsz” Stephena Kinga

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *