Filmy, Na ekranie, Rozważania, W kuchni

Stresu nie zagryziesz

Ze stresem spotyka się każdy. Nieważne, ile ma się doświadczenia – i tak zawsze w życiu pojawi się jakaś nowa sytuacja, która będzie napawać nas lękiem i nic na to nie poradzimy. A jednak zawsze chcemy jej uniknąć, przechytrzyć los i wynaleźć ten jeden jedyny sposób na wszystkie problemy, który pozwoli na wieczny brak stresu. Warto szukać pocieszenia, ale czy walka z nim nie jest walką z wiatrakami? Lepiej marnować energię na szukanie wspomagaczy, czy pogodzić się z sytuacją?

Jedną z rzeczy, po które wiele osób sięga w stresujących sytuacjach, jest jedzenie. Tak jak czasem zajadamy smutki, tak samo zajadamy stres. Czekoladkami, orzeszkami, żelkami. Zwykle są to drobne przegryzki, takie na raz – bo nie damy rady przeżuć żadnej większej kanapki, co doskonale wiedzą wszystkie moje nienaruszone bułki pakowane do torby w dniu egzaminu.

Niektórym jedzenie pomaga – choćby na chwilę. W szczególności słodycze. W ich smaku na pewno jest coś pocieszającego, bo jak wiadomo, cukier krzepi serca. Jednak nie wystarczy wziąć pierwszej lepszej przekąski ze sklepowej półki. Kluczem jest tutaj konsystencja – wybrany produkt musi byc mięciutki i łatwy do pogryzienia, na przykład słodkie pianki (o ile nie napcha się do ust całej paczki na raz). Bo stres możesz zajeść, ale nie zagryźć. Nie przejdzie nic, co stawia opór, kiedy zarówno nogi, ręce jak i zęby nagle stają się czymś zrobionym z waty.

Mogłoby się wydawać, że wszystkie słodycze będą odpowiednim rozwiązaniem, lecz, niestety, nie jest to prawdą. Na potwierdzenie tej tezy muszę przywołać czekoladowego snickersa z kawałkami orzechów, którego spożywałam (a właściwie to próbowałam spożyć) przed podejściem do egzaminu na prawo jazdy. Batonik nagle przeistoczył się w coś niesamowicie twardego, karmel postanowił zlepić wszystkie zęby bardziej trwale od niejednej dentystycznej plomby, a orzechy… orzechy były najgorsze. Smakowały jak opiłki żelaza, a przynajmniej tak wyobrażam sobie, że metal ten mógłby smakować. To traumatyczne doświadczenie doprowadziło do tego, że snikcersów do dzisiaj nie jadam, mimo że egzamin udało mi się zdać bez większych problemów.

Scena z filmu "Park Jurajski". Chłopiec stoi przed bufetem z ciastami.
Park Jurajski, Universal Pictures / Amblin Entertainment, USA 1993.

W stresujących sytuacjach przypomina mi się zwykle jedna, kultowa wręcz, scena filmowa. Mowa o „Parku Jurajskim”, a konkretnie momencie, w których dzieci spożywają w restauracji samotne ciasta i inne piękne słodkości. W pewnym momencie ich radość zostaje przerwana, a sami zastygają w bezruchu, z łyżkami uniesionymi do ust. Pamiętna zielona galaretka znajdująca się w tej chwili na łyżce dziewczynki zaczyna poruszać się ze strachu w rytm wybijany nóżkami zbliżających się raptorów. W tej scenie został ukazany już nawet nie stres – bo ciężko porównać przedegzaminowe uczucia do paraliżu wywołanego pojawieniem się wielkiego gada. Raczej jest już to okrutna trwoga, na dodatek skontrastowana z dziecięcą sielanką i zapomnieniem o troskach wśród kolorowych słodkości, które miały miejsce na chwilę przed pojawieniem się zagrożenia. I które dodatkowo po wcześniejszych doświadczeniach mogły zdawać się dzieciom fatamorganą, zagubioną wyspą szczęścia na lądzie przerażenia. Zawsze jednak przypomina mi się ten moment filmu w nieco bardziej błahych, lecz nadal stresujących momentach mojego życia – kiedy to sama trzęsę się podobnie jak ta zielona galareta na łyżeczce. Powiedziałabym że jest to swego automatyczny rodzaj pocieszenia, który zapewnia mi mój mózg. Bo co jak co, ale żaden tyranozaur gonić mnie nie będzie, więc dam sobie radę. A jeśli nie – to zawsze mogę ukryć się w schowku kuchennym i udawać, że mnie nie ma.

Egzaminy egzaminami, ale w życiu pojawia się o wiele więcej stresujących chwil. W strachu przed takimi momentami wybrałam w przeszłości kierunek studiów, który pozwoliłby mi na uniknięcie w późniejszym miejscu zatrudnienia zbyt wielu kontaktów międzyludzkich, oparty byłby na pracy indywidualnej i braku bardziej rozbudowanych wystąpień publicznych. Udało mi się znaleźć pracę w zawodzie i dlatego teraz często działam wspólnie z innymi, występuję publicznie i dość regularnie opowiadam grupom ludzi nudne rzeczy. Jak widać – marzenia się spełniają. Na szczęście udało mi się do tego dość szybko przyzwyczaić i przede wszystkim polubić. A mój sposób na stres? Wbrew pozorom nie ma nic wspólnego z jedzeniem, bo w takich sytuacjach nie jestem w stanie nic przełknąć. Jedyne, co zawsze pomaga, to czas. Bo nawet najtrudniejsze sytuacje mijają i do wielu rzeczy można się przyzwyczaić. A perspektywa ulgi, która nastąpi po stresującym wydarzeniu… smakuje lepiej od każdej możliwej przekąski.


Dzisiejszą propozycją pokrzepiającego posiłku nie mogło być nic innego, jak zielona galaretka. Przygotowanie jej jest niesamowicie nieskomplikowane i dostarcza niewielu trudności, jednak końcowy efekt oraz satysfakcja są tego warte. Poza jedzeniem galaretki istotny jest sam proces powstawania. Po zalaniu i wymieszaniu proszku można poddać się długim godzinom obserwacji zastygania masy, co pozwoli na zajęcie myśli czymś odmiennym od odliczania czasu do początku końca stresującej sytuacji. A zjeść można ją spokojnie już po, w nagrodę.

Zielona galaretka w kieliszkach


Zestresowana galaretka

  • galaretka w proszku
  • 500 ml wody

Postępować według wskazówek zawartych na opakowaniu galaretki, czyli: zagotować wodę, wmieszać proszek, ponownie przelać do miseczek i ostudzić. Patrzeć, jak galaretka zastyga, nie jeść i wrócić do tematu po kilku godzinach. Koniecznie z łyżeczką.


Kadry: Park Jurajski (Jurassic Park), reżyseria: Steven Spielberg, studio: Universal Pictures / Amblin Entertainment, USA 1993.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.