Filmy, Na ekranie, Przepisy, Rozważania, W kuchni

To byłaby ekspresowa tarta, gdyby nie kolejka przy kasie

Miałam ochotę na domowe ciasto. Taką nagłą, co zmusza do wyjścia do sklepu nawet w pidżamie. Ale ochotę na ciasto szybkie i bezproblemowe. Czyli jakie konkretnie? Takie gotowym spodzie, co by się nie męczyć z zagniataniem ciasta. Jakieś 20-30 minut i upieczone. Oczywiście, gotowe ciasto francuskie to jedna z tych rzeczy w kuchni, które budzą sporo kontrowersji. W niektórych kręgach lepiej nie przyznawać się do faktu jego używania, a w innych natomiast jest ono wychwalane pod niebiosa. Prawda jak zwykle leży gdzieś pośrodku – schowane w zanadrzu lodówki czasem ratuje sytuację, gdy przybędą niespodziewani goście, lecz dużo częściej ratuje skołatane nerwy, gdy tak bardzo mamy ochotę na coś słodkiego, a nic się robić nie chce. Wiadomo, że domowe jest mimo wszystko lepsze. Ale na pewno nie szybsze, a ja lubię sobie czasem życie ułatwiać.

Niestety, to ułatwianie nie zawsze mi wychodzi – i to z przyczyn niezależnych ode mnie. Podejrzewam, że ciąży nade mną rodzaj fatum, który objawia się zawsze w kolejkach do kasy. Odkąd pamiętam, za każdym razem gdy będąc w markecie grzecznie staję w kolejce… coś z przodu idzie nie tak. I kolejka już nie idzie. Gdy naszła mnie ochota na szybkie ciasto, prędko udałam się do najbliższego sklepu celem zakupu gotowego ciasta na spód do tarty. I oczywiście stałam w kolejce na tyle długo, że pewnie zdążyłabym wyrobić, schłodzić i upiec ze trzy domowe.

Sam fakt, że ciąży nade mną owe fatum, przez które w kolejkach stoję zawsze długo, nie nastraja mnie oczywiście zbyt pozytywnie, ale szczególnie mnie nie rusza. To trochę takie pogodzenie się z losem. Wiem już, że trafię na korek. Komuś odrzuci kartę, innemu nie nabije promocji. No cóż, zdarza się. Wszak przestałam już rozpaczliwie pytać „dlaczego zawsze ja???”. Zauważyłam także, że stanie długo i w długiej kolejce jest także świetnym miejscem obserwacyjnym. Niestety, wnioski z tych obserwacji rzadko kiedy należą do przyjemnych.

Cóż więc takiego w tych sklepowych kolejkach się dzieje?

Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz, 1978

Nie da się ukryć, że na myśl o nich większości z nas od razu przypomina się kultowa scena filmu „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”. Czyli jeden pan się wepchał, drugi się zdenerwował, a poszkodowane zostały jajka i śmietana. Obecnie kolejki w sklepach są oczywiście zdecydowanie mniej poważnym problemem niż w peerelu, ale jednak pewne rzeczy się nie zmieniają. Ta scena filmowa doskonale oddaje moment, w którym to w codziennym życiu możemy poczuć nienawiść do drugiej obcej osoby – ot tak, z tak bardzo błahego powodu. Nerwy wynikają po części ze zniecierpliwienia (bo weź tu stój pół dnia w koleje), po części faktycznie z samego chamstwa drugiej osoby. W takiej sytuacji może pojawić się taka czysta chęć zrobienia komuś na złość. Chociażby tego przebicia śmietany czy stłuczenia jajek. Nieważne, że można się przy tym samemu pobrudzić. I zgnieść przy okazji swoje zakupy. Niby nic takiego i nie warte nerwów, ale tak szczerze, kto chociaż raz nie wkurzył się na osobę, która się wepchała?

To jednak nie jedyny problem z kolejkami.

Na początku zaznaczę, że te kolejkowe problemy niemalże nigdy nie są „winą” kasjera, jednak niestety to ta grupa pracowników najczęściej pada ofiarą nieprzyjemności ze strony zniecierpliwionych klientów. Zdaje się, że istnieją pewne specyficzne typy irytujących ludzi w kolejkach – i podejrzewam, że także je znacie. Opisuje je poniżej jako pana lub panią jednak jedynie ze względu na to, że akurat ja z takimi się spotkałam. Narzekanie, brak kultury i szacunku dla innych nie zna wieku i płci, więc mogliście więc zetknąć się z nimi pod inną postacią. Również celowo nie piszę tutaj o momentach, które z pewnością mogą drażnić, jednak nie są one obiektywnie złe. Złym nie jest długie szukanie drobnych. Złym nie jest też wyciąganie piętnastu bonów zniżkowych i kart stałego klienta. Ani wymienienie produktu, który okazał się mieć inną cenę niż na półce. Twoja kolej, twój czas.

Zacznijmy od najbardziej oczywistego „typu”, jakim jest Pani, która się wpycha. Nie wiem jak Wy, ale ja odczuwam jakiś wewnętrzny opór przed krzyczeniem do obcych ludzi: „PAN TU NIE STAŁ”. Z tego też powodu zwykle zachowuję się jak ostatnie ciele, przepuszczając wszystkich wpychających się ludzi i jakoś godząc się z tą niesprawiedliwością. Z moich obserwacji wynika również, że zwrócenie uwagi, nawet w bardzo kulturalny sposób, rzadko kiedy spotyka się z równie kulturalną odpowiedzią. Czasem więc warto tchórzliwie przecierpieć. O ile jednak jawne wpychanie się w kolejkę często wywołuje jakąś reakcję innych klientów, to nieco trudniej jest z wpychaniem zakamuflowanym. Otóż, owa pani przede mną bardzo sprytnie, i jak teraz mogę także stwierdzić, z dużymi umiejętnościami aktorskimi, przykleiła się do klientów już stojących przede mną. Byłam pewna, że to członek stojącej tam rodziny, który doniósł ten jeden serek, o którym ktoś zapomniał. Jednak gdy przyszedł odpowiedni czas, pani ta pewnie odsunęła zapomniany serek od zakupów rodziny przed nią, wyciągając nie wiadomo skąd cały koszek swoich pozostałych zakupów. Muszę przyznać, że bardziej od złości czułam w tym momencie podziw.

Kolejnym „typem”, z którym ostatnio się spotkałam, jest Pan, któremu się spieszy. Gdzie mu się spieszy? Na pierwszy rzut oka ciężko stwierdzić, jednak po późniejszej rozmowie z kasjerką dowiaduję się, że spieszy mu się napić tego spirytusu co go kupował też i wczoraj. Z tego też powodu jego niebywałą złość obudziła para przed nim, która przez krótką chwilę (naprawdę krótką) przekomarzała się, kto tym razem płaci za zakupy. Dla pana okazuje się to idealną okazją do narzekania na nich, kasjerkę i przede wszystkim na to, na czym ten świat dzisiaj stoi.

I żeby nie było, że problemy pojawiają się jedynie na przodzie kolejki. Z tyłu zwykle nie jest lepiej. Jako że rozsądnym i kulturalnym jest zachowywanie odpowiednich odległości w kolejkach, to wiadomo, że zawsze ktoś ich nie zachowuje, przykładowo taki Pan Popychacz. Do jego ulubionych zajęć należy bardzo subtelne szturchanie wózkiem i jeszcze subtelniejsze chuchanie na kark. W takich sytuacjach zwykle pomaga tak zwane sklepowe domino, czyli zrobienie dość dalekiego i zdecydowanego kroku w tył. Zwykle jednak Popychacze mają wtedy pretensje, że się o nich ocierasz i w ogóle dlaczego wkraczasz ich osobistą przestrzeń. No tak, logiczne.

Kolejnym sklepowym charakterem będzie Nerwowy Odgradzacz, pojawiający się w dwóch wariacjach: przedniej i tylniej. Wydaje mi się, że istnieją jakieś niepisane zasady co do oddzielania zakupów na taśmie w markecie – i prawdopodobnie każdy zna ich inną, „prawidłową” wersję. Dla jednych położenie oddzielacza zaraz za swoimi zakupami będzie oznaką kultury i zrozumienia dla osoby z tyłu, która już chciałaby zacząć wykładać swoje produkty, bez obawy o pomieszanie. Bo wiadomo, nie każdy ma ręce Gadżeta, co by sięgać po przekładkę na początek kolejki. Dla niektórych będzie to jednak pewną zniewagą – a chęć odgrodzenia zakupów postrzegana będzie jako chęć odgrodzenia od osoby jako takiej. Szczególnie w momencie, gdy oddzielacz ten zostaje wyłożony już później, z pewną dozą oburzenia i narzekania, że za blisko. Ale wiemy przecież, że wszystko to są tylko niesnaski, wynikające często ze złego odczytania intencji. Nerwowy Odgradzacz irytuje jednak w nieco inny sposób – po prostu zaczyna odgradzać za tobą, jeszcze zanim wyłożysz swoje zakupy.

Jeszcze jedną grupą osób, działającą zarówno na przodzie jak i na tyłach kolejki, są Biegacze. To chyba najczęstszy widok w marketach. Gdy tylko otworzy się kolejna kasa, ruszają oni ze swoimi wózkami i koszykami prosto ku niej, nie licząc się z tym, kto stoi na ich drodze. Rozwiązania tej sytuacji są dwa, i każde z nich jest złe. Możesz biec z nimi, licząc na szczęście. Możesz też sprytnie się nie ruszać, licząc na to, że ktoś przed tobą się skusi i zwolni miejsce. Niezależnie od tego, jaką ja wybiorę opcję, to ze względu na moją „klątwę”, oczywiście nie wyjdę na tym dobrze. Gonitwa kiepsko mi wychodzi, bo przepuszczam innych ludzi. Pozostanie zaś na swoim miejscu zwykle budzi rozgoryczenie, gdy później obserwuję obok wychodzące już ze sklepu osoby, które stały daleko za mną.

Stojąc sobie grzecznie w kolejce dość wygodnie obserwuje się te kolejkowe dylematy i łatwo wyciąga oceniające wnioski. Nieco trudniej jest ocenić samego siebie. Podjęłam więc wyzwanie i zaczęłam więc zastanawiać się, cóż to takiego ja wyczyniam w kolejkach, co z pewnością kogoś irytuje? Okazuje się, że w pewnym momencie, nie do końca wiem w jakim, stałam się Panią, której się nie spieszy. Nie potrafię określić jak i kiedy do tego doszło, bo do tej pory nerwowo pakowałam wszystko do za małej torby, przepraszając za to cały świat wokół (tak samo nie wiem kiedy stałam się osobą, która zawsze ma batonik w torebce, ale to temat na inną okazję). Być może długie stanie w kolejkach i rozglądanie się tak mnie nastraja. Albo to pogodzenie się z faktem, że i tak będę długo czekać, więc co za różnica. A może to właśnie ta chęć „zrobienia na złość”, na przykład Popychaczowi za mną? Co oczywiście nie ma sensu, bo Popychacz wtedy wypycha dalej, aż do wyjścia. Niezależnie od prawdziwej przyczyny, teraz powoli wyciągam produkty na taśmę. Z podobną prędkością pakuje je równiutko i dokładnie do torby. I niespiesznie odkładam koszyk na swoje miejsce. A ktoś za mną na pewno śpieszy się na autobus.

Koniec końców ciasto kupiłam, tartę upiekłam i z tego też powodu dzielę się przepisem. Oczywiście, bardzo prostym. Chciałabym także móc powiedzieć że szybkim, ale cóż… nie dla każdego taki będzie.

Aha, i pamiętajcie: nigdy nie stawajcie za mną w sklepowych kolejkach. Idźcie do kasy obok. Nawet jeżeli ludzi tam więcej, to i tak wyjdziecie szybciej ode mnie.




Tarta (nie)ekspresowa

  • gotowe ciasto francuskie
  • 250 g twarogu
  • 2 jajka
  • 3 łyżki śmietany 18%
  • 4-5 łyżek cukru
  • 200 g konfitury z malin
  • 3 łyżki płatków migdałowych

Ciasto francuskie wyłożyć na formę do tarty, przyciąć brzegi, nakłuć widelcem. Podpiec 10 minut w 180 stopniach. Podpieczony spód posmarować konfiturą i posypać płatkami migdałów. Mielony twaróg wymieszać z jajkami, śmietaną i cukrem. Wyłożyć na ciasto. Ponownie włożyć do piekarnika i piec około 30 minut.


Kadry: Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz, reż. Stanisław Bareja, prod. Zespół Filmowy „Pryzmat”, Polska 1978.

2 komentarzy do “To byłaby ekspresowa tarta, gdyby nie kolejka przy kasie

  1. Dawniej też byłam sierotą, która nie reaguje, potem miałam okres irytacji i zdarzało mi się dać upust w postaci karczemnej awantury w starciu z popychaczem albo wciskającymi się. Teraz (to chyba z wiekiem przychodzi) jestem asertywna, ale w sposób opanowany. Zwracam uwagę osobnikowi tonem spokojnym, acz rzeczowym i stanowczym. Jak dotąd zawsze działa. A w kolejkach to się ustawiam tych najdłuższych, bo – zgodnie z Twoją obserwacją – i tak się z nich najszybciej wychodzi ze sklepu :). W kwestii ciasta błyskawicznego – nie chciałoby mi się lecieć do sklepu. Ja zawsze w takich chwilach wymiatam resztki z lodówki czy spiżarki, najwyżej będzie zapiekanka na słodko a nie tarta, niedawno tak powstał ryż zapiekany z jabłkami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *