Przepisy, Smaki dzieciństwa, W kuchni

Jabłka na mokrej trawie

Wedle zapisu w moim dzienniku dnia dwudziestego siódmego lipca bieżącego roku, prawdopodobnie około godziny szesnastej zero pięć, przechodziłam znanym mi skrótem – ścieżką wydeptaną między dwoma drzewami. Jedno z drzew to jabłoń. Część z jej owoców tego dnia już spadła na trawę, pewnie pod wpływem deszczu i mocnego wiatru, jak to w lipcu bywa. Te spady owoców na wilgotnej trawie wydzielają charakterystyczny kwaskowaty zapach zapowiadający ich rychłą fermentację. Aromat być może nie do końca przyjemny, a już na pewno nie w połączeniu z romantycznym widokiem leżących nieopodal śmieci, ale… zapach ten przywołał wspomnienie pobytów na wsi w dzieciństwie.

Tam spady jabłkowe leżały na ścieżce prowadzącej od jednego domu do drugiego. Jako, że dzieci o wiele częściej niż dorośli oddają się tak szalonej czynności jak bieganie, to i ja po tej dróżce często przemykałam. Wakacje na wsi spędzałam zwykle w lipcu, więc najbardziej deszczowym miesiącu. A i ścieżki tej krople wody nie omijał. Bieganie po mokrych kamieniach wśród jabłek pewnego deszczowego popołudnia (być może również około godziny szesnastej zero pięć) zakończyło się dość przewidywalnie – czyli na ziemi, z obtłuczoną ręką, w pozycji leżącej na wznak wśród kwaśnych zielonych owoców. Miałam więc dłuższą chwilę, by nacieszyć się zapachem jabłek i doskonale go zapamiętać.

Jednak kolekcja zapachów z tego pamiętnego popołudnia nie zamknęła się na tym jednym. Sprawdzonym rodzinnym sposobem na wszelkie stłuczenia i siniaki miał okazać się okład z zimnej maślanki. Szybko więc tą maślanką zostałam hojnie obłożona, nawet na niebolące miejsca. Pozostajemy więc w klimacie fermentacji, tym już tej mlekowej. Do tych wrażeń doszedł jeszcze jeden specyficzny zapach – klarowanego domowego masła. Bo i w rodzinach na wsi bywa tak, że pewne produkty wytwarzane są w danym okresie w każdym domu, w ilościach hurtowych. Lipiec okazał się sezonem na masło klarowane, które można było odnaleźć w lodówce każdej cioci. Ten hit lata jednak wyjątkowo mi nie posmakował, a jego zapach mnie odrzucał i dołączył do kolekcji dziecięcych traum żywnościowych, plasując się gdzieś pomiędzy kożuchem na mleku a kaszą gryczaną.

Co prawda wiele lat później zapachu masła na miejskiej ścieżce pod jabłonią teoretycznie już nie było, jednak ja od razu go poczułam, jakby od zawsze występował w nierozerwalnej parze z pierwszymi jabłkami. Do tego doszedł jeszcze zapach deszczu i trawy, wzmacniający dwa wcześniejsze.

Tamtego dnia w dzieciństwie na wsi fermentacja dopadła mnie dwukrotnie – najpierw przy leżących wraz ze mną owocach, następnie pod postacią mlecznego okładu. To prawie jak pierwsze zetknięcie się z alkoholem – wszak skutki w postaci stłuczonej ręki wydają się być odpowiednie do sytuacji. Dzisiaj, w nawiązaniu do tych wspomnień skorzystam z niżej zamieszczonego przepisu i napiję się grzanego cydru. Licząc na to, że tym razem nie skończę już pod jabłonką.


Grzany cydr jabłkowy

  • 300 ml cydru jabłkowego
  • 1 łyżka miodu
  • laska cynamonu
  • 2-3 goździki
  • plaster pomarańczy

Cydr przelać do niewielkiego garnka. Dodać przyprawy, podgrzewać na małym ogniu. Przelać do kubka lub szklanki, dodać miód i plaster pomarańczy. Najlepiej smakuje jesienią pod kocykiem, z deszczem za oknem.


Inne jabłkowe wpisy:

Niesmaczne postaci filmowe: Hans Landa i strudel jabłkowy

Sentymentalne racuchy

Szarlotka z kradzionych jabłek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.