Filmy, Na ekranie

Jagodowa miłość

Jest noc, prawie nad ranem. Ciężko podać dokładną godzinę – jednak niebo od dawna jest czarne. Noc w mieście nigdy nie jest jednak zupełnie ciemna. Rozświetlają ją migające światła reklam i neony barów, wywołujące mdłości u każdego architekta, a przypływy miłości u wszystkich fotografów. Siedząc w jednym z pustych już barów, smutno spoglądasz za okno, przyglądasz się blaskom, a w szybie widzisz odbicie swojej równie smutnej miłosnej historii. Możesz tak przesiedzieć do rana, w tym przyjemno-nieprzyjemnym zimnym świetle. Być może znajdziesz kompana swojej niedoli. Chociaż dzielenie się swoimi żalami z drugą osobą nie uleczy od razu złamanego serca, to zawsze stanowi pewnego rodzaju pocieszenie, jak i potwierdzenie zasadności własnego smutku.

Taką scenę – rozmowy dwóch zarywających noc przypadkowych osób ze złamanym sercem – znamy z „Jagodowej miłości (My Blueberry Nights) Wong Kar-Waia. Rozmawiają one na błahe tematy, mające skrywająć prawdziwą głębie i sens, starając się przy tym dojść do tego, czym miłość faktycznie jest. Życie zwykle nie jest w rzeczywistości wielką metaforą. Późne barowe rozmowy aspirują do bycia ambitnymi i odkrywającymi sens istnienia, jednak nie da się ukryć, że bliżej im do szukania tego sensu życia według Monty Pythona. Lubimy jednak wierzyć w tego typu symboliczne wręcz spotkania. W dniu następującym po zarwanej nocy, zamiast motywacji do podjęcia ważnej decyzji zmieniającej nasze życie, otrzymujemy jedynie ból głowy po zbyt dużej ilości wypalonych papierosów.
 
„Jagoda Miłość to film, którym można być oczarowanym. Ze względu na jego osobliwe postaci, do których szybko zaczynamy czuć sympatię. Typową choć ukazaną z nieoczywistej perspektywy historię, dopełnioną idealną muzyką. A przede wszystkim z powodu jego estetyki. Wolne, wręcz senne tempo przepływających kolorów i świateł to coś, czym zdecydowanie można się zachwycić w „Jagodowej miłości” – jak zresztą w każdym filmie Wong Kar-Waia. W tym przypadku zachwyt warunkowany jest jednak tym, czy oglądając go jesteśmy już zapoznani z pozostałą twórczością reżysera. Gdy film oglądałam po raz pierwszy  jakieś 10 lat temu  nie znałam jego innych obrazów. Więc się zachwyciłam. Plusem tej sytuacji jest to, że dzięki temu nie rozczarowałam się przy żadnym kolejnym obejrzanym filmie Kar-Waia, co byłoby całkiem możliwe przy odwrotnej kolejności. 
Niezależnie od ogólnego wrażenia, jakie film ten może po sobie zostawić – czy to zachwyt, czy może bardziej rozczarowanie – jednego odmówić mu nie można. Ukazanego w nim jagodowego ciasta nie da się zapomnieć. Wobec tak kuszącego deseru, jakim jest  jego kawałek podany z roztapiającymi się śmietankowymi lodami, w których to ciemny granat jagód łagodnie przechodzi w meandrujące smugi jaśniejszego fioletu… Nie można pozostać obojętnym. Patrząc na jagodowe ciasto doskonale odczuwamy, że zwykły wypiek stał się metaforą niebywale zmysłowej miłości. 
 
Wiele dopowiada także otoczenie. Ciasto podane na śniadanie w słonecznej kuchni będziemy odbierać inaczej niż to w blasku wieczornych świateł. W filmie tarta pojawia się w charakterystycznym miejscu, przytulnej małej kawiarni, mającej w ofercie wszelakie słodkości oraz pakiet pocieszenia serca przez Juda Law. O wiele częściej jedynymi otwartymi do późna barami okazują się być wszelkie fast-foody, a nie wyrafinowane cukiernie. Od biedy możemy jednak sięgnąć po przykład baru z kebabem, oświetlonego przeraźliwie białymi neonówkami. Przecież nadal widzimy światła nocy za szybą. Kebab metaforą miłości? Będzie ciężko to zaakceptować, choć wypadające z niego wszystkie składniki wraz z sosem wydają się aspirować za wszelką cenę do miana zmysłowych doznań. 
 
 
Jeżeli mielibyśmy podchodzić do Jagodowej miłości z chęcią wyciągnięcia jakiejś nauki dla siebie (co może nie zawsze jest słusznym podejściem do filmu, to jednak nie da się ukryć, że często mniej lub bardziej świadomie tak odnosimy się do tego, co zobaczymy na ekranie), to w tym filmie zdecydowanie będzie  to miłość do samego siebie. Wiem, brzmi to jak niezbyt oryginalny i bardzo ckliwy tekst samorozwojowy. Jednak to tak bardzo rzuca się w oczy, że ciężko ubrać to subtelniej w słowa. Kolejną oświeconą prawdą jest to, że nieszczęśliwa miłość pozostawia plamy, których nie można doprać. Takie same jak te po czerwonym winie na jasnej bluzce, wylanym przy piciu nocą jako lekarstwa na złamane serce. Tak samo mocne, jak te po jagodach. Prawdziwą sztuką będzie sprawienie, by miłość do samego siebie pozostawiła podobnie trwałe ślady.
 
Jak to się jednak stało, że w filmie nikt nigdy nie zamawiał tak kuszącego jagodowego ciasta? Nie można o to obwiniać samego wypieku. To kwestia szerokiego wyboru. Gdyby obok nie stały inne słodkości, z pewnością każdy skusiłby się na kawałek ciasta o niebieskim nadzieniu. Prawdą jest, że jagodowy placek nie wygra z szarlotką ani czekoladowym ciastem. Gdyby stał samotnie, na pewno zostałby zjedzona. Mimo że zdarza się mieć ochotę na jagodowe ciasto – wygląda przecież cudownie, wręcz jak żywcem wyciągnięte z bajki – to jednak ono zawsze rozczarowuje. Jagody, choć w wersji solo są zniewalające, to po dodaniu ich do ciasta tracą cały swój urok. Smak też, a jego ostatki tak łatwo jest zabić zbyt dużą ilością cukru. Problemem często jest także konsystencja nadzienia, zwykle uciekającego z blachy jeszcze w piekarniku. 
 
Przy ostatnim moim podejściu do tego wypieku stał się cud. Kluczem do sukcesu okazały się dwie lampki czerwonego wina, wypite przed kolacją na pusty żołądek. Gotowanie pod wpływem alkoholu nie jest najlepszym pomysłem, a już na pewno niezgodnym z wszelkimi zasadami BHP (o ile ktokolwiek je pamięta po szkoleniu). Mimo to moja brawura zamiast do oparzenia rozgrzaną blachą doprowadziła do stworzenia wyczekiwanego od lat jagodowego ciasta idealnego. Początkowo powstawało według przepisu, jednak w trakcie stanęłam przed trudnym wyborem: czy wybrudzić książkę kucharską kawałkami ciasta, czy też improwizować. Wybrałam to drugie. Choć będąc w stanie nie do końca trzeźwym, to jednak szczęśliwie bez złamanego serca, udało mi się w końcu upiec coś o odpowiedniej konsystencji i dobrze wyważonej słodyczy. Nie ma jedynie eleganckiej kratki – bo do jej zrobienia zawsze braknie mi ciasta. 
Jagodowe ciasto na złamane serce
uproszczona wersja przepisu z książki Zielona uczta: wiosna, lato Nigela Slatera
ciasto:
250g mąki pszennej
120g masła
3 łyżki cukru pudru
1 jajko
 
nadzienie:
2 szklanki jagód
3 łyżki mąki kukurydzianej
1/2 szklanki cukru
cytryna
 
Ciasto zagnieść z mąki, masła, cukru i jajka. Otrzymaną masą (dość sypką) wyłożyć okrągłą formę (o średnicy 26 cm). Jagody wymieszać z cukrem i mąką kukurydzianą, skropić sokiem z cytryny. Wyłożyć na ciasto. Piec około 30 minut w 200 stopniach. Powstrzymać łzy nad talerzem, bo słonego ciasta nikt nie zje.
__________
Jagodowa miłość (My Blueberry Nights), Won Kar-Wai, studio Block 2 Pictures / Jet Tone Production / Lou Yi Ltd. / StudioCanal, Chiny / Francja / Hongkong / USA 2007.

2 komentarzy do “Jagodowa miłość

  1. Z moich kulinarnych doświadczeń wynika, że nieco mdłym jagodom w przeróżnych przetworach i wytworach dobrze robi dodatek odrobiny czerwonych porzeczek, truskawek lub wiśni. Znikają wtedy w paszczach konsumentów jak zaczarowane.
    Filmu nie znam, ale mimo wszystko zaintrygowałaś mnie tą opowieścią, jak się zmobilizuję do poszukania i znajdę – to obejrzę :).

  2. Czyli koniecznie trzeba dodać coś kwaskowatego 🙂
    Mój ulubiony film tego reżysera to "Chungking Express", również polecam. Ale "Jagodowa miłość" także jest warta uwagi – ze względu na ciasto, oczywiście, ale także na muzykę 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *